Logo
Rodzaje reklamy
Zentropy wygrywa Tymbark i FIT
Allegro: przyspieszyliśmy zakupy, na nowym cenniku stracimy
Equinox: polska reklama w tym roku w górę, w 2012 roku w dół
„Nadaj życiu smak” - szefowie kuchni zamiast Katarzyny Herman reklamach Knorr (wideo)
Artur Żmijewski reklamuje pożyczkę i konto w Kasach Stefczyka i SKOK-ach (wideo)
Zapraszamy na szkolenie „Optymalizacja strony internetowej i pozycjonowania w internecie”
Przycisk Google +1 w natarciu
Black SEO i jego konsekwencje
Ścianki reklamowe
Solidni w Biznesie
ATL|BTL|Marketing tradycyjny|Outdoor|Eventy|Systemy wystawiennicze|Public relations|Badania rynkowe|Reklama|wszystkie >>
archiwum informacji
polecamy
www.antygen.pl
Pozycjonowanie
reklama jelenia góra
reklama w jeleniej górze, reklamy …
katalog kanałów rss
nowości, kanały rss, archiwum newsów
www.web-news.eu
Meble biurowe
Meble dla Twojego biura
lampy stojące
Lampy i oświetlenie
dodaj kanal rss
Klient alfa klient omega
Opublikowano: 2010-12-06 11:00:00
Klient alfa klient omegaMarketing referencyjny korzysta chyba z usług metamarketingowych, oczywiście w programie referencyjnym, bo gdzie się obrócisz, tam same pochwały i zachęty. Tanio, skutecznie, wiarygodnie, uczciwie, spontanicznie – generowanie rekomendacji produktu ma same zalety. Ale ja już taki jestem przekorny, że w każdej całości szukam dziury. Nie żebym nie doceniał walorów i zalet, ale mam pewne wątpliwości.Jeśli ktoś  dostaje coś za darmo „do przetestowania” i ma opowiedzieć o swoich „prawdziwych odczuciach” i „z własnej woli” polecać to coś innym, to – jako człowiek uprzejmy – robi dokładnie odwrotnie; spontaniczność, niezależność i szczerość nie należą do tych rzeczy, które da się osiągnąć prośbą albo przymusem. Bo gdy nas pytają, jak się miewamy, uprzejmość nakazuje miewać się dobrze. Pytanie „jak się miewasz?” nie jest dobrym sposobem dowiedzenia się, jak się ktoś miewa. Czy można więc złapać naraz dwie sroki: obserwować swój produkt i zachęcać do niego, informować i reklamować? Oczywiście ten dylemat dotyczy wszelkiej komunikacji marketingowej, ale bodaj w największym stopniu właśnie programów referencyjnych.Konsument testujący produkt znajduje się więc w trudnej sytuacji. Niby robi to dla przyjemności, ale przecież troszkę go przekupiono; w końcu dostał coś za darmo. Niby ma robić i mówić, co sam uważa, ale przecież stara się sprostać jakimś oczekiwaniom lub wyobrażeniom o tych oczekiwaniach; ba, w wielu przypadkach ma rozdawać jakieś próbki. Niby ma trochę skupić się na produkcie i zastanowić nad nim, lecz zmuszony do takiego wymądrzania się, siłą rzeczy musi coś powymyślać, na co normalny, „bezmyślny”, konsument być może nigdy by nie wpadł. Słowem, zagrożenie znane filozofom: gadulstwo i mitotwórstwo.Mitologizacja produktu, na wpół zamierzona, na wpół samoistna, jest zmorą  marketingu. Jej źródłem jest natarczywe pragnienie działów marketingów, by wykazać swą przydatność w firmie. Wszak nic tak dobrze nie poprawia marketerom opinii jak budowanie dobrych nastrojów w firmie, zaprawione szczyptą lizusostwa i szczyptą przemądrzałości do smaku. W efekcie marketing wymusza w swych kampaniach korzystne dla siebie, optymistyczne komunikaty zwrotne z rynku, a potem przekazuje je wyżej w strukturze firmy. Kłopot w tym, że komunikaty pierwotnie powstają w głowach samych marketerów, psychologicznie przymuszonych do tego, by „wierzyć w to, co się robi”, a więc w produkt i markę, wobec czego pozytywny „feedback” z rynku, na przykład w ramach akcji rekomendacyjnej, bywa nieraz sztuczny, a przez to mylący. Marketing rekomendacji służy rekomendowaniu produktu przyszłym konsumentom, ale przede wszystkim samym marketerom. Klasyczne „wishfull thinking”.Gorzkie słowa prawdy usłyszeć możemy za weneckim lustrem, a i to z trudem. Świat rekomendacji to w porównaniu do badań rynku wersal i bicie piany. Wprawdzie poprawianie sobie samopoczucia przez firmę, za pośrednictwem działu marketingu samo w sobie jest nawet całkiem sympatycznym przejawem autopsychoterapii, niemniej jednak utrata samokontroli i dystansu do przekłamanych komunikatów z rynku, które na przykład sprzedaje nam firma robiąca dla nas kampanię referencyjną, może być groźne. Bujanie w obłokach świetnie sprawdza się w filozofii, ale nie w biznesie.Rzecz jasna, mitotwórstwo zaczyna się w naszych własnych głowach. Zanim nastawimy ucha na to, czego mamy ochotę słuchać, sami musimy przekazać naszym testerom i trendsetterom dobrą nowinę w postaci „informacji o produkcie”, aby posłali ją w świat, oczywiście „za potwierdzeniem odbioru” w formie pozytywnej „opinii konsumentów”. W sumie cały system działa jak przyjęcie urodzinowe: z założenia wszystko musi być ślicznie i miło, nawet jak nie jest. Taka konwencja. Kto źle mówi o marketingu rekomendacji, jest jak ten gbur krytykujący party, w którym brał udział.Czepiam się, to prawda. Ale proszę się na mnie za bardzo nie gniewać. Nie jestem takim ostatnim gburem. Jak coś, to chętnie wpadnę  na urodziny – przetestuję parę drogich gadżetów, a nawet pokażę się z nimi tu i tam. Do mnie, marketerzy! Dajcie mi do wypróbowania fajnego laptopa, fajną komórkę, a i batonikami do rozdawania sekretarkom w pracy nie pogardzę. Obiecuję chwalić i upowszechniać – spontanicznie i za darmo. Mogę nawet opowiedzieć do kamery, jak było mi dobrze na waszym laptopie pisać do „Marketingu w Praktyce”, przegryzając waszym batonem. Mogę być waszym „konsumentem alfa”. Nie jestem posłem ani radnym, więc nikt nie zarzuci nam działań korupcyjnych.Tak naprawdę  nie jestem przeciwnikiem marketingu referencyjnego i doceniam jego zalety. Staram się tylko zajrzeć za kulisy przedstawienia. Tym bardziej, że jest to przedstawienie w sumie dla nielicznych, a udaje wielkie wydarzenie. Liczba konsumentów, do których dociera przekaz upowszechniany metodą marketingu rekomendacji, jest niewielka w porównaniu z liczebnością „targetu”, nie mówiąc już o rozmiarze całego rynku branży. Kłopot w tym, że prawdziwy konsument jest tajemniczym, milczącym i niedostępnym konsumentem omega. Nie dotrzemy do niego robiąc lokalny szum. Droga do niego prowadzi nie przez gadanie, lecz raczej przez uważne nasłuchiwanie. Nie łudźmy się, że możemy generować trendy i sprzedawać produkt wokół sztucznie wytworzonych, hałaśliwych przyczółków quasi-sprzedaży w bezpośrednim otoczeniu naszej akcji referencyjnej. Jeśli kampania referencyjna działa, to nie dlatego, że „chwyciło” i sprzedaż rozwija się jak kółka na wodzie, wokół rzuconego kamienia „rekomendacji”, lecz dlatego, że produkt jest dobry. Jak produkt dobry, to i kampania referencyjna działa. Tyle że ludzie przekonaliby się do niego i bez takiej kampanii. Rekomendowanie tandety nie działa albo działa z odwrotnym skutkiem: denerwuje i zraża konsumentów. Zasada ta dotyczy całej komunikacji marketingowej, ale w szczególny sposób właśnie marketingu „szeptanego”, czyli odwołującego się do efektu poufności, złudzenia uprzywilejowanego dostępu do godnej zaufania informacji. A przecież kampanie opierające się na rekomendacjach należą do tej kategorii.Chciałoby się powiedzieć  dosadnie, że marketing rekomendacyjny to taki pasożyt dobrego produktu. To dobre produkty rekomendują akcje rekomendacyjne i wyrabiają jak najlepszą opinię o tej metodzie marketingowej, a nie odwrotnie. Wszak nie da się skutecznie zarekomendować kiepskiego produktu, czyż nie? Wniosek ostateczny jest następujący: kampanie referencyjne są dobre, także z punktu widzenia wewnętrznego PR firmy, ale w całej strategii marketingowej trzeba je plasować w pozycji elementu uzupełniającego. Niestety, nic za darmo – działania marketingowe o dużym „polu rażenia”, obliczone na wymierny skutek biznesowy, muszą kosztować. Rzucanie kamyków i robienie kółek na wodzie to igraszka – do wywołania prawdziwej fali trzeba dużej i kosztownej maszyny.źródło: Klient alfa klient omega
www.marketingserwis.com.pl 2008   |   kontakt: webmaster@marketingserwis.com.pl CRM on-line
Katalog stron branży reklamowej | nadruki reklamowe | ścianki reklamowe | stoiska degustacyjne